Moja odpowiedź znajdzie się już na samym początku tego wpisu, w dodatku- napiszę ją drukowanymi literami- NIE. Rysowanie to nie jest kreatywna forma zajęć językowych.
Wiecie kiedy była? Kiedy rocznik 89′ chodził na korki. Albo kiedy rocznik 91′ uczył się języków w szkole państwowej. Wtedy rysowanie było kreatywne. Wtedy wycinanki, wyklejanki i inne tego typu staroświeckie zabawy były kreatywne. Mało tego- teraz już nawet zajęcia z tabletami nie są kreatywne.
A dlaczego teraz już nie są? Dlatego, że, O MAMO, Twoje dziecko jest przebodźcowane z każdej strony. Ty też, i ja też. Robimy milion rzeczy naraz. W jednej ręce trzymamy telefon i odpisujemy na mejla pani Zosi z HR, drugą ręką gotujemy zupę, stopą zawieszamy pranie, w tle z jednego pokoju leci DDTVN, a na komputerze w drugim pokoju dzwoni laptop z jakimś kolejnym spotkaniem.
Tak samo wygląda życie Twojego dziecka. Z jednej strony coś do niego mówisz, dyktujesz, rozkazujesz, rozmawiasz, whatever, z drugiej strony leżą przed nim zabawki, albo plastikowe albo Montessori, up to you, słyszy ten sam telewizor, a w ręce trzyma telefon z jakąś grą- tak żebyś mógł spokojnie z panią Zosią z HR porozmawiać.
I tak wygląda nasze życie. Dzień w dzień, cały czas coś.
Po pierwsze- rysowanie i kolorowanie jako główna część zajęć językowych nie jest już atrakcyjna. Ba. W dobie tych wszystkich technologicznych udogodnień jest już nawet w zasadzie nudna. Jesteś lektorem i podtykasz dziecku kserówki do kolorowania w formie „pOwTóRzEniA kOlOrKów”? Get your shit together. Jesteś nauczycielem i dajesz dzieciakom grać na zajęciach w gry po angielsku? Nie ma nawet znaczenia co to są za gry- PO CO? Te dzieciaki mają to w domu.
Uważam, że przeszłam przełom. Ja też dawałam dzieciom kserówki, i ja też dawałam im na lekcji telefon- w formie nauki oczywiście. Teraz jak sobie o tym pomyślę to się krzywie.
Dlaczego dzieci chodzące do Synonimu już tego nie robią?
Człowieku, bo mamy o wiele lepsze tematy. W realu. Uczymy Twoje dziecka robić prawdziwe rzeczy. Co takiego? Już Ci mówię.
W zeszłym roku szkolnym Synonimki:
-przemaszerowały pół Chrzanowa, żeby poprzymierzać ubrania w jednej z sieciówek, włożyć je do koszyka zgodnie z listą zakupów i przez resztę wieczoru napawać się dumą, że ogarnęły takie ciężkie zadanie
-zorganizowały bar sałatkowy. Ale nie taki byle jaki. Był prawdziwy stand, w każdej miseczce inne warzywa/owoce, a dzieciaki ustawiały się w kolejce, i każde z nich zamawiało PO ANGIELSKU produkty i komponowało swoją sałatkę. Sztos.
-zostały zaproszone przez nas do lodziarni. Nie było to zaproszenie na zakończenie roku szkolnego. To wyjście było rozplanowane jako cała, pełnoprawna godzina językowa. Rozmawiamy na temat lodów, planujemy co kupimy, wychodzimy do lodziarni, zamawiamy lody po angielsku, płacimy- pełna profeska!
-szyły na maszynie, przyszywały guziki (o jeny, ile ludzi- nawet dorosłych- nie wie jak przyszyć guzik! A my to robimy z Twoim dzieckiem- i to po angielsku)
-były w Escape Roomie. Był to prawdziwy ER z zamkniętymi drzwiami i kluczem schowanym w pudełku. Uczniaki rozwiązali mnóstwo zagadek by się do tego klucza dostać. Oczywiście- po angielsku!
-plażowały- mogę śmiało powiedzieć, że podchodzi to pod SPA DAY. Twoje dziecko relaksowało się na ręczniku, smarowało kremem, pluskało w wodzie, uczyło się nazw różnych kosmetyków i przedmiotów do plażowania NIE Z FISZEK, a z prawdziwych przedmiotów.
To jest tylko część tego, co zrobiliśmy w zeszłym roku.
Twoje dziecko robi u nas o wiele więcej.
Idź pan precz z nazywaniem kolorowanek „kreatywnym uczeniem języka”!
Zapisy są wciąż otwarte.
